Gruby rysuje Małysza - humoreska
Jeszcze niedawno Gruby mówił "skok" i dopowiadał: po piwo, na bok, żabi skok w Nowy Rok. Teraz wiadomo. Mówisz skok - myślisz Małysz. Możesz nie znać daty bitwy pod Płowcami, ale nie znać kalendarza skoków Małysza oznacza towarzyską śmierć.
Gruby był prawdziwym Polakiem i Małysza poznał lepiej niż jego własny lekarz domowy, a pani Krysia zainwestowała nawet w 35-calowy telewizor, by "U Śledzia" lepiej było słychać i widać.
Tego dnia Gruby jak zwykle siedział przy puszczańskim, oglądając wyczyny Adasia, gdy nagle stało się TO. Ogromna wewnętrzna potrzeba poczęła narastać w Grubym. Początkowo nieuświadomiona, nienazwana, stopniowo nabierała ostrości. Jeszcze jedno puszczańskie i Gruby wiedział: musi TO przelać na papier! Potem poszło błyskawicznie. Takiego Małysza w locie nie wyparł by się nawet Mleczko z Sawką pospołu!
- Gruby jasna twoja pokręconaaa! - Siwy nie potrafił opanować podziwu. - Jesteś nieoszlifowanym diamentem polskiej grafiki satyrycznej!
- Czuję się Siwy tak, jakby ktoś wyjął ze mnie korek blokujący aktywność. A jak ci się podoba ten portrecik? - Gruby pokazał fantastyczny konterfekt Adasia z dowcipnie przejaskrawionymi cechami charakterystycznymi. Ach kolczyk, ach ten kolczyk, ten wąsik, ach ten wąsik, czapeczka, ta czapeczka... Tego Siwy nie wytrzymał:
- Panowie, popatrzcie co Gruby narysował przed chwilą! - wrzasnął na pół dzielnicy, dumny z przyjaciela. Chwilę później stolik Grubego i Siwego stał się centrum integracji satyryczno-patriotycznej "Małysz 2002". Nawet pani Krysia zapomniała o biznesie i postawiła wszystkim kolejkę. Chwilę później położyła przed Grubym ogromny kawał brystolu.
- Kochany, jedna karykaturka Małysza i stawiam panu do olimpiady w Lake Placid - powiedziała błagalnie, kładąc przed Grubym flamaster. A Gruby rachu-ciachu, trzask, prask, takiego Małysza odstawił, że nie wiadomo było czy najpierw cmokać z podziwu, czy się śmiać, albo odwrotnie. Pani Krysia zaniemówiła z wrażenia.
- To naprawdę piękna karykatura mojego klienta, ale jestem zmuszony ją zarekwirować do wyjaśnienia - młody, nieprzyzwoicie elegancko ubrany człowiek lat około dwudziestu pięciu wyciągnął rękę po arkusz kartonu. Powietrze wypełnił jeden wielki znak zapytania.
- Reprezentuję kancelarię prawniczą Wasiutyńko i synowie, reprezentującą z kolei interesy pana Adama Małysza.
- To sobie synku reprezentuj i niech cię święty Apoloniusz prowadzi - odezwał się jeden z gości "U Śledzia". - Przed chwilą kolega podarował pani Krysi swoje dzieło i kancelaria Wąsitółko i szwagrowie nie ma nic do tego.
- Szanowny pan raczy być w błędzie - uśmiechnął się z ledwo ukrywanym poczuciem wyższości młody prawnik. - Zgodnie z podpisaną z panem Adamem umową oraz prawem prasowym i ustawą o ochronie danych osobowych wszelkie korzystanie z wizerunku naszego klienta wymaga pisemnej zgody prokurenta, czyli de facto naszej kancelarii.
- Jeżeli dobrze zrozumiałem ten pański bełkot, to kolega zanim pokaże światu Małysza swoją kreską, musi mieć zgodę Wisiatyńki i synów?
- Trochę pan ironizuje, ale istotę pan ujął właściwie. Nawet mam ze sobą kopię zatwierdzonych karykatur naszego klienta.
Elegant wyjął z teczki kilka fotografii. Małysz wyglądał na nich niczym Clint Eastwood albo Boguś Linda.
- Przykro mi to mówić, ale wszystko, co nie jest zbliżone do ustalonego, wzorca kwalifikuje się na drogę sądową.
- A znacie ten dowcip jak lecą dwa bociany i widzą Małysza? - odezwał się nagle Gruby - Patrz, mówi jeden. Już dwie godziny z nami leci i jeszcze się nie przedstawił!
- Ostrzegam pana, że ten słowny atak na dobre imię naszego klienta może zakończyć się konsekwencjami, których nie będzie pan w stanie unieść - podniósł głos mecenas.
- Konsekwencji to ty zaraz nie uniesiesz - uniósł się jeden z kibiców sportów zimowych. - Dowcipów o Adasiu nie można opowiadać?
- O panu Adamie, tak będzie zręczniej. Oczywiście, że można. Ale z kulturą, bez obrażania. W naszej kancelarii opracowaliśmy wersje większości dowcipów o naszym kliencie, które nie tracąc nic ze swojej śmieszności, nie wyczerpują znamion przestępstwa - prawnik wyjął z teczki gruby skoroszyt.
- Ty, papuga, to jak opowiesz ten dowcip o bocianach? - odezwał się kolejny zdenerwowany klient baru "U Śledzia".
- Oczywiście, proszę bardzo - nazwany "papugą" zajrzał do notatek. - W powietrzu szybuje majestatycznie pan Adam Małysz, gwiazda naszego sportu, ambasador Polski w sportowej Europie, obok niego, ledwo nadążając lecą dwa bociany. Popatrz, mówi jeden, jaki ten Małysz uprzejmy. Leci z nami już dwie godziny a zaraz na początku się przedstawił.
Zapadła cisza. Cisza, która z każdą chwilą niebezpiecznie narastała.
- A ja cię znam! - odezwał się nagle Gruby. - Ty jesteś synem Ziutka Gralaka, cztery klatki obok. Pamiętam cię Franuś, jak obsmarkany ryczałeś w piaskownicy, bo Hela od Kociemniaków przywaliła ci łopatką między oczy. Patrzcie państwo, teraz mecenas pełną gębą! Pani Krysiu, piweczko dla Franeczka, sorry pana mecenasa.
• • •
Kryzys chwilowo minął. Po czwartej kolejce nie było już sądów, mecenasów i klientów.
- Franek! Albo mi powiesz o co tu chodzi, albo normalnie... - Gruby powrócił do nurtującego go problemu.
- Gruby, kurde powiem, ale w tajemnicy - Franuś w rozluźnionym krawacie sam stał się rozluźniony. - Małysz zarabia teraz duże pieniądze. A tak już jest na tym świecie, że jak ktoś zarabia, musi dzielić się z prawnikami. Naród zapomni o Małyszu, prawnicy zapomną o Małyszu. Ty sobie rysuj, a my fakturkę raz w miesiącu na osiemdziesiąt tysięcy za ochronę prawną wystawiamy i wyślemy poleconym do Wisły. No to zdrowie Adasia!
Tekst: Piotr Gabrysz (2002)
Zobacz też:
• Dowcipy o Małyszu