Humor • Rozrywka • Dowcipy Ciekawostki • Satyra • Skandale • Polski portal satyryczny  humor   newsy   kontakt do Sadurski.com
dowcip,dowcipy,humor,sms,polski,polskie,gry,flash,galeria rysunku,rysunki,rysunek satyryczny,serwis
Dziś jest: poniedziałek, 25. września 2017 r.
szukaj:
  w:
Dodaj do Ulubionych!
Pół miliona wizyt co miesiąc :-) Codziennie nowości - satyryk Szczepan Sadurski zaprasza.
Polonia. Podróże. Rozrywka.

Newsy
Komentarze satyryczne. Rozrywka i humor. Ciekawostki i anegdoty. Satyra i satyrycy.

 

Satyra Absurdy Ciekawostki
Partia Dobrego Humoru - Good Humor Party
Szczepan Sadurski
Kabarety Satyrycy Śmiech
Rysunek satyryczny Karykatura
Komiksy
Najnowsze / Najpopularniejsze / Losowy news / Dodaj newsa / RSS
Tu jesteś: Newsy / Satyra Absurdy Ciekawostki
Wyszukaj w treści i słowach kluczowych:

Satyra Absurdy Ciekawostki

Kazimierz Kaczor: Nienawidzę stagnacji 2009-06-25
Kazimierz Kaczor: Nienawidzę stagnacji W portalu Sadurski.com rozmowa z aktorem Kazimierzem Kaczorem

NIENAWIDZĘ STAGNACJI
Z Kazimierzem Kaczorem rozmawiał Marek Różycki jr.


- Aktor w Polsce musi być świadomy nie tylko tego co gra, lecz również – w jakiej sprawie. Ponosi niejako odpowiedzialność w znacznie szerszym zakresie, niż wynikałoby to z samego zawodu. Jak Pan odczuwa to jakby dziedziczne obciążenie?

• Tak jest rzeczywiście. Myślę, że od tego się nie wyzwolimy. Tak było od co najmniej 100 lat i pewnie jeszcze trochę będzie. Jest to zadanie szlachetne i dowartościowujące, natomiast niekiedy bywa obciążające. Często chciałoby się nam znaleźć bliżej farsy czy burleski, a miewamy poczucie, że jesteśmy w Świątyni Sztuki. Ale to tak na razie musi być. Rozpolitykowane ostatnie przynajmniej 30 lat też sytuacji aktorowi w repertuarze nie ułatwia, albowiem w tych latach objawiło się coś, z czym nie mieliśmy do czynienia od ostatniej wojny – aktor poczuł się obywatelem z pełnym głosem, z prawem do wyrażania swojej opinii, swojego stanowiska. W dodatku ten głos obywatelski aktora bardzo się liczył, był znaczący i widoczny. To się już bardzo zmieniło, ale dopóki ta misja nie będzie zdjęta z tego środowiska, dopóty gdzieś tam w naszym myśleniu będzie to kapłaństwo, to służenie sztuce przez duże „S”.

- Spytam o Pana filozofię życiową, bowiem aktor musi u nas odwoływać się nieustannie nie tylko do materii scenicznej czy filmowej, lecz również do własnych ocen, własnych poglądów na rzeczywistość. Innymi słowy – do tego kim jest i co reprezentuje sobą jako człowiek.

• To nie jest specyfika tylko polskiego teatru. Nie wyobrażam sobie aktora uprawiającego ten zawód – szczególnie grającego w sztukach czy filmach o tematyce współczesnej – aby takich odnośników w sobie nie miał. Jeśli nie jest on człowiekiem żyjącym pełnią życia, czyli bacznie obserwującym to, co się dookoła niego dzieje, wtedy staje się niewiarygodny jako twórca.

- Ciekawi mnie jednak Pańska filozofia życiowa…

• Nie wiem czy próbowałem ją kiedykolwiek formułować. Wydawałoby się, że nie jestem w tym względzie odległy od filozofii każdego Polaka: „Byle przeżyć! Nie dać się przytopić… Byle do przodu…” Natomiast ważne są dodatki do takiego stwierdzenia – może nie byle jak przeżyć i może nie za wszelką cenę; że do przodu, ale w jakimś konkretnym kierunku. Jeżeli to wszystko jeszcze zawiesimy w umiarkowanym optymizmie – to wygląda to tak.

- Pana życiorys jest barwny i „nieuczesany”. Imał się Pan różnych zawodów – operator dźwigu, pomocnik magazyniera w przedsiębiorstwie budowlano-przemysłowym, kurtyniarz, maszynista, kierowca ciężarówki, lalkarz. Ma Pan nawet dyplom średniej szkoły muzycznej… Kim Pan tak naprawdę jest, Panie Kazimierzu?

• Spróbujemy sobie odpowiedzieć na to pytanie, kiedy daj Boże dożyję 75 lat i napiszę pamiętniki. Będę mógł wówczas powiedzieć kim byłem. Kim jestem? Nie wiem, człowiekiem, który chce jakoś w miarę ciekawie przeżyć, bo nawet nie chcę powiedzieć – niestandardowo. Nienawidzę stagnacji, zasiedzenia, schematów, aczkolwiek często się w nich człowiek wygodnie czuje, no bo ma to wszystko jakoś poukładane. Po jakimś czasie takie poukładanie w moim życiu i taka organizacja – strasznie mnie podnieca do tego, żeby z tym zerwać.

- Pana aktywność zawodowa jest „cykliczna” – przerywana morskimi rejsami z przyjaciółmi i podróżami po Stanach. Jaka jest historia Pana miłości do żeglarstwa, podróży i przyjaźni z legendarnym już Tony Halikiem?

• Jeśli idzie o żeglarstwo – naprawdę nie wiem, jak to się zaczęło i co było powodem, impulsem, że się za żeglarstwo wziąłem. Kiedyś uprawiałem wioślarstwo, nawet dosyć intensywnie, byłem zawodnikiem. Kto wie, czy piłując po Wiśle od Norbertanek po Wawel i z powrotem, zlany potem, machając wiosłami – jak patrzyłem na tych leniwców na żaglówkach, którzy nogi wywieszają za burtę i prują tak samo szybko – pomyślałem, po co mi te odciski na rękach i bóle w krzyżu… Może także stąd, że przystań żeglarska była po drugiej stronie Wisły? Myślę, że suma takich mini-przyczyn sprawiła, że znalazłem się na obozie żeglarskim. A z Tonym poznaliśmy się gdzieś w połowie lat 70., kiedy przeniosłem się do Warszawy, przypłynąłem tą swoją starą łódką z Krakowa i znalazł się kupiec. Sprzedałem łódkę i za te pieniądze mogłem kupić akurat wtedy prototyp – jedną z pierwszych skorup MAK – 707, którą to z kolei łódkę skonstruował mój przyjaciel Henio Jastrzewski. Od tego momentu zaczęły się moje bliskie kontakty z Tony Halikiem, który dokładnie w tym samym czasie kupił taką samą skorupę. Byliśmy w tym samym klubie, wymienialiśmy doświadczenia – jak zabudować tę łódź i bardzośmy się skumplowali.

- Co Panu daje żeglarstwo?

• Na pewno bardzo ostre cięcie od wszystkich spraw zawodowych. To jest inna rzeczywistość. Mam świadomość, że mój zawód jest mi zupełnie niepotrzebny w żeglarstwie, jest nieprzydatny. Obowiązują inne reguły, na co innego muszę uważać, czym innym muszę się zajmować, inny rodzaj wiedzy muszę posiąść. W związku z tym to co jest wspaniałe w moim zawodzie, ale po pewnym czasie zaczyna być męczące – odchodzi mi z głowy podczas żeglowania.

- Z zazdrością czytałem, że odwiedził Pan Kubę, Florydę, Puerto Rico, Wyspy Dziewicze, Martynikę, Grenadę; był Pan nawet na bezludnej wyspie… W związku z tym spytam, jak skutecznie – zdaniem Pana – urzeczywistniać marzenia i realizować cele życia?

• Wreszcie odważyć się i zrobić ten pierwszy krok. Naprawdę, to jest strasznie ważne, bo i wyobraźnia, i dotychczasowe doświadczenia życiowe mówią nam, że Broń Boże, że w żadnym wypadku, że nie wolno się w to wdawać, że to jest z góry skazane na przegraną… Nieprawda! Trzeba bardzo chcieć spróbować i zrobić ten pierwszy krok, no i oczywiście znać języki.

- Czy podróżując po Stanach bywał Pan również w teatrach? Co może powiedzieć Pan o problemach i warunkach pracy środowiska aktorskiego w USA? Czy są porównywalne do naszych?

• Widziałem „Śmierć komiwojażera” z Dustinem Hoffmanem. Bardzo mnie to interesowało, ponieważ jest to jedna z pierwszych sztuk teatralnych, które oglądałem w Krakowie ze wspaniałymi kreacjami w Teatrze Starym. Tak więc poszedłem i przecierpiałem te blisko 50 dolarów razy dwa za balkon. Ale trzeba powiedzieć, że człowiek, który chce łyknąć wysokiej kultury ma to zapewnione także w telewizji i to w bardzo znacznym stopniu. To bardzo istotne przy ograniczonych możliwościach finansowych. Jest przynajmniej 4 lub 5 kanałów TV, które mają ambicje artystyczne. A więc wszystko to, co jest interesującego na świecie, co się pokazuje również w Nowym Yorku – transmitują w olbrzymich fragmentach. Czy problemy środowiska artystycznego w Stanach i w Polsce są porównywalne? Porównywalne jest tylko jedno – nazwijmy to górnolotnie: męka twórcza. I oni, i my chcemy zagrać jak najlepiej. Natomiast wszystko inne, niestety, jest zasadniczo różne. Nawet uwarunkowania – dlaczego on się tak męczy, żeby zagrać jak najlepiej – już mają inny odcień. U nas – bo wypada dać z siebie wszystko, bo jest się aktorem, profesjonalistą, bo po prostu trzeba grać jak najlepiej. U nich – jest już nieco inna motywacja: jak zagram najlepiej, będę miał kolejną propozycję. Oni są inni, uwarunkowania są inne. Uprawianie tego zawodu jest u nich może szlachetniejsze niż u nas. Ponieważ przy tak ogromnej konkurencji, jaka tam panuje – jeśli on się już dostanie do teatru, to to jest 75 procent jego zwycięstwa. Są niebywale zmotywowani, dopingowani okolicznościami i często za dość przeciętne honoraria. U nas nie ma takiej presji, ciśnienia – co z jednej strony jest niedobre, z drugiej zaś – niebywale budujące, gdy nie ma innej presji poza artystyczną. Doprowadza to do prawdziwych wyników. Są jednostki w Stanach, które nie wytrzymują tego ciśnienia, konkurencji i odpadają. A u nas nawet po 10 latach uprawiania tego zawodu, w komforcie rozwijają się i błyszczą potem, jako gwiazdy pierwszej wielkości.

- Teraz spytam o doświadczenia z pracy w kabarecie „Pod okiem”, w którym występował Pan wespół z Piotrem Machalicą, Barbarą Dziekan i Zbigniewem Zamachowskim oraz autorami – w Ośrodku Kultury na Ochocie?

• Uważam, że pod względem psychologicznym jest to zjawisko niezwykle rzadkie. Spotkała się grupa ludzi, którzy akurat mieli ochotę, czas, byli autorzy tekstów, no i mieliśmy lokal. Do końca istnienia tego kabaretu pozostaliśmy samodzielni, nie podlegli żadnej firmie. W momencie, gdy zaczęliśmy eksploatować ten program – wszystko jedno nam było, czy zarobimy dwa tysiące sto złotych, czy tysiąc czterysta. Jak była sympatyczna publiczność – graliśmy trzy i pół godziny, gdy było kiepsko i publiczność nie brała, „nie łapała” – dwie godziny. Mieliśmy bardzo duży repertuar i nam było miło ze sobą. Myślę, że taka atmosfera zdarza się bardzo rzadko. Po raz pierwszy występowałem w roli szefa takiego zespołu, a więc człowieka, który nie tylko martwił się o kształt artystyczny, ale również zajmował się sprawami organizacyjnymi. Wówczas nabawiłem się pierwszych siwych włosów… Jak po powrocie ze Stanów wstąpiłem do kabaretu „Pod Egidą” – na zaproszenie Janka Pietrzaka – doświadczyłem, jaki to niesłychany komfort być artystą w kabarecie, którego celem jest tylko grać i nie martwić się o sprawy organizacyjne.

- Mówi się powszechnie, że kabaret przeżywa kryzys, zaś sceny kabaretowe zdominowane zostały obecnie przez kiepskich tekściarzy, którym brak jest aktorskiego szlifu…

• Jest to trafna diagnoza. Istotnie, kabarety znacznie obniżyły swoje loty. Kabaret może istnieć, jeśli musi coś wyszydzać, ale równocześnie znaleźć na to formę, bo mówienie wprost mija się z celem. Polski kabaret w miarę ulg cenzuralnych – co brzmi paradoksalnie – zaczyna walić coraz mocniej „siekierą”, bo tylko siekiera może rozśmieszyć, a nie żadne finezje. Ale to tak wcale nie musiało się stać. To, że tekściarze piszą sobie teksty i tylko sobie, w dodatku je wykonują, ponieważ z tego żyją – ograniczyło sfery kabaretu li tylko do słowa. Sytuacja ta sprzyja uprawianiu kabaretu zbliżonego do radia. Rzeczywiście, wówczas można organizować kabaretony w Sali Kongresowej czy katowickim Spodku, na które przychodzi po kilka tysięcy ludzi, bo i tak wiadomo, że ci z ostatnich rzędów nie widzą twarzy, gestu, mimiki – tylko słyszą słowa. Wtedy poprawnie mówiący po polsku tekściarz może zastąpić aktora! Ale jest to klęska kabaretu. Co gorsza – nie widać nowej kadry tekściarzy, którzy chcieliby pisać dla kabaretu. Nie bardzo też rozumiem dlaczego obecni autorzy nie chcą pisać więcej – niż sami wykonują. Może zwyczajnie obawiają się konkurencji aktorów, że w wykonaniu kogoś innego te teksty będą lepsze? Póki co, o jakości kabaretów stanowią zbiory monologów czy też scenek wygłaszanych przez dwie osoby.

- Odszedł Pan ze Starego Teatru, grał Pan we Współczesnym, a od wielu lat jest Pan członkiem zespołu Teatru Powszechnego. Jak określiłby Pan specyfikę tego, jednego z najlepszych, teatrów stolicy – teatru imienia Zygmunta Hubnera?

- Opis powinien być dwojaki – musi dotyczyć tego, co nasz teatr zamierza i co mówi do publiczności, a także – jaki on jest od środka. Wszystko to, co nasz teatr chce spełniać i jakim chce być, wyartykułowane jest przez nas – członków założycieli z Zygmuntem Hubnerem na czele – w deklaracji programowej z 1974 roku. Deklaracja liczy 3/4 strony i trzeba by ją tu przytoczyć. Spełniamy te założenia. Chcemy być teatrem politycznym odpowiadającym na zapotrzebowania współcześnie żyjącej widowni. Jeśli posługujemy się sztuką klasyczną czy niewspółczesną – to również w takim celu, aby okazywało się, że problemy ludzkości są ciągle niezmienne. Na przykład kwestia wolności człowieka wobec systemu – jest problemem uniwersalnym. Takiego repertuaru i odpowiedzi na takie właśnie pytania będziemy w tym teatrze szukać. Takim nasz teatr nadal chcemy widzieć, łącznie z nowym kierownictwem artystycznym, które pod tym programem podpisuje się obydwiema rękami. Natomiast jeśli idzie o to, jaki ten teatr jest od środka – można powiedzieć tylko, że zbliżony do ideału. Jest to chyba jeden z nielicznych zespołów teatralnych, w którym na scenie, w trakcie pracy nie ma specjalnych podziałów na kategorie – gwiazdy i resztę. Pracujemy wspólnie, a w bufecie mówi się to, co się myśli na najrozmaitsze tematy, także teatralne. Nie boimy się, że to co mówimy – wycieknie poza teatr. Czujemy się swobodni i wolni w tym zespole.

- Grywał Pan pod kierunkiem Jarockiego, Korzeniowskiego, Bardiniego, Hubnera, Szajny, Swinarskiego, Grzegorzewskiego, Maciejowskiego, Wajdy. Różne klasy, odmienne osobowości. Jakie cechy – zdaniem Pana – powinien reprezentować ideał reżysera?

• To jest człowiek, który ma fenomenalnie prosty pomysł na skomplikowaną sztukę; który wizją kształtu przedstawienia przerasta wizje dotychczasowe – każdego z nas, wykonawców. Potrafi narzucać zadania aktorskie, które wydaje się, że są nie do spełnienia, ale nie przez swoją dziwaczność, tylko – oddech, perspektywiczność. To człowiek, który potrafi pracować z aktorem ze świadomością jak nim kierować, co go boli i umieć go odblokować. Poza tym musi mieć dar zarażania swoją wiarą i ideą tego, co robi.

- Przy okazji spytam – co składa się na sukces aktora w Polsce?

• Jeśli mówimy o prawdziwym sukcesie, a nie o błysku, meteorze czy sezonowej komecie – odpowiedź jest bardzo prosta: wielokrotność grania dobrze dobrych ról. Jeśli po kilku latach aktor nie schodzi poniżej pewnego poziomu – jest zauważony, staje się ceniony i na niego się chodzi, to jest moim zdaniem sukces w tym zawodzie. Nie decydują o tym recenzje czy nagrody festiwalowe. Można przytoczyć tu niebywały sukces Jadzi Jankowskiej, która zdobyła – jako jedyna z polskich aktorek – Złotą Palmę w Cannes i nic to nie zmieniło w jej karierze, a w kraju jest aktorką niewykorzystaną. Oczywiście chcę wierzyć, że propozycje ról napływają w wyniku talentu, zdolności aktora. Bywa również i tak, że w jego warunkach zewnętrznych jest coś takiego, co wydaje się, że odpowiada współczesnemu zapotrzebowaniu widowni. Myślę, że gdyby na przykład Zbyszek Cybulski pojawił się teraz – tak jak wyglądał i tak jak grał – mógłby nie znaleźć odpowiedniego oddźwięku. 20 – 25 lat temu był czas na Jurka Stuhra czy Krysię Jandę. Nie oceniam tu ich aktorstwa, które szalenie cenię – myślę tylko, że funkcjonuje coś takiego, jak znalezienie się we właściwym czasie. Ale sukces – tak jak już powiedziałem – to wielokrotność grania dobrze dobrych ról.

- Rola Kurasia w „Polskich drogach” była „słupem milowym” w Pana karierze. Czy jednak w Pana przypadku popularność po serialach „Polskie drogi” i „Jan Serce” – nie była bodźcem do szukania innych możliwości, chociażby z obawy przed przypisaniem do jednego typu ról? Jak udało się Panu uniknąć szuflady?

• Oczywiście, próbowałem tym sterować, ponieważ zdawałem sobie sprawę, że w momencie kiedy serial zdobył tak wielką popularność – istnieje niebezpieczeństwo przylepienia mi etykietki Kurasia. Wśród znajomych czy przyjaciół uprawiających ten zawód – patrzyłem na Franka Pieczkę, którego przezywano Gustlikiem z „Czterech pancernych”. A przecież nie zapominajmy, że Franio Pieczka zagrał w jednym z najwspanialszych filmów, w „Żywocie Mateusza”, gdzie stworzył fantastyczną kreację. Tych kreacji było później bardzo, bardzo wiele. Tak więc zdawałem sobie sprawę z takiego niebezpieczeństwa i dokonywałem wyboru ról. Gdy skończyły się „Polskie drogi” – ja w cztery dni później zagrałem SS-mana w „Rozmowach z katem” Moczulskiego. Oczywiście ten SS-man nabierał w końcu ludzkiego oblicza – tym niemniej pozwoliło mi to uwierzyć, że potrafię grywać inne role. To był świadomy wybór Hubnera i Wajdy. Ani razu nie usłyszałem na widowni: „O, Kuraś się przebrał…” Grałem też przecież w serialu TV „Najdłuższa wojna nowoczesnej Europy”, gdzie wcieliłem się w postać komisarza policji pruskiej, polakożercę. Prawdą jest, że mu się potem losy jakoś „uczłowieczyły” – tym niemniej była to diametralnie różna postać. Tak na marginesie – za Frankego dostałem największą liczbę nagród państwowych… Z kolei „Jan Serce” wydawał mi się znowu inny od Kurasia, a więc pracujący na moją korzyść… Potem przyszły „Alternatywy 4”, „Zmiennicy”, „Obywatel Piszczyk”, „Planeta krawiec” – a więc znowu zupełnie inne postaci. Doprowadziło to moim zdaniem do tego, że ludzie mówią o mnie – aktor, który grał Kurasia, Janka Serce, ale – mam nadzieję – uniknąłem tej jednej etykietki.

- Jednak stworzył Pan swojego bohatera, jakby wbrew wilczym prawom współczesności, który opowiada się za wartościami i etyką prawdziwego człowieczeństwa. Postać symbol – typ bohatera z wadami, słabościami, jednak wrażliwy, dobry, ludzki, pełen empatii…

• Ależ te role tak zostały pomyślane, napisane i wyreżyserowane. Oczywiście, było to też zgodne z moim myśleniem o takiej postaci. Jeśli jesteśmy ludźmi, mamy świadomość własnego charakteru i okoliczności w jakich żyjemy. Często musimy dokonywać określonych wyborów, pogodzić się z czymś, do czego nie mieliśmy wcześniej przekonania. Każdy potrafi się z taką postacią identyfikować. Mnie szczególnie biorą role ludzi, którzy strasznie boją się tuż przed śmiercią, a pomimo to pokazują, że im nie zależy. To mnie wzrusza, to mnie bierze, bo wiem, że jemu żal życia, a tylko jego morale jest wyższe ponad chęć przeżycia za wszelką cenę. Ale tych ról nie było tak wiele, choć być może one właśnie były najbardziej zauważalne. W teatrze czy TV grywam przecież Szwarc-charaktery – na przykład komisarza policji w „Żegnaj Judaszu”; jednym z ważniejszych moim zdaniem epizodów w moim życiu było zagranie pułkownika UB w „Człowieku z marmuru”. Podobnie w przedstawieniu TV „małżeństwo Marii Kowalskiej” gram oficera śledczego UB. Lubię grywać takie, diametralnie różne, postacie.

- Na koniec spytam – jak Pan sądzi, czy nasz teatr reaguje na zapotrzebowania społeczne i dyskutuje te nawet najbardziej jątrzące sprawy?

• Oczywiście, że teatr nie odnajduje się w naszej rzeczywistości! Czy teatr miał kiedykolwiek szansę być natychmiast gotowy na to, żeby odpowiadać – co dzieje się na ulicy, czy też w naszej świadomości? Nie miał takiej szansy i pewnie nigdy jej mieć nie będzie. Sam proces produkcyjny w teatrze wymaga przynajmniej rocznej zwłoki. Najpierw musi zaistnieć zdarzenie, potem to zdarzenie musi ktoś napisać-opisać; następnie tekst musi trafić do teatru i to zdarzenie trzeba zainscenizować. Jeśli napisać – to w kilka miesięcy, jeśli wystawić w teatrze – przynajmniej w trzy miesiące. Widzimy, że czas biegnie i często następny tydzień niesie nowe zjawiska, które za pół roku, czy rok ludzie dawno zapomną. Rolę teatru widzę w uniwersalizmie tematów, czy też jakby podejmowaniu grupy problemów, które wciąż nas nurtują, interesują, martwią. Gdybyśmy na przykład w tym momencie wystawili sztukę o parlamencie 20-lecia międzywojennego – jakąś sprawę, gdzie frakcje toczą ze sobą zażartą walkę, gdy na forum Sejmu cos się odbywa, o coś chodzi – mielibyśmy szansę na co dzień porównać w TV, jak ci nasi posłowie czy senatorowie się zachowują; jak nasza rzeczywistość ma się do minionej. Ale takiej sztuki nie ma. Wydaje mi się, że dopóki teatr, film w Polsce nie przejdzie etapu przesytu rozliczeniowego, dotąd nie będzie jakakolwiek twórczość patrzeć do przodu. Dopóki ten fakt nie zaistnieje – nie będzie odlotu w innym kierunku!

- …święte słowa, niestety!

• Poza tym to wszystko będzie musiał ktoś napisać, a więc trzeba stworzyć warunki do tego, aby powstał dobrze opłacany przemysł pisania scenariuszy i sztuk teatralnych, bo prawdą jest, że ilość przeradza się w jakość, a raczej: ilość rodzi jakość. Ale żeby do tych etapów doszło – musimy najpierw, w naszej ojczyźnie, mieć za co żyć.

- A póki co, teatr, kabaret i farsę – mamy przedstawiane w programach informacyjnych telewizji: „Wiadomościach”, „Faktach”, „Dziennikach” itp. – ostatnio, niestety, dość mocno retuszowanych przez nową cenzurę obecnej ekipy rządzącej.

Rozmawiał: Marek Różycki jr Foto: Wikipedia

Kazimierz Kaczor - znany i lubiany polski aktor telewizyjny, teatralny i filmowy. Szerokiej publiczności znany głównie z ról w serialach (pamiętny Jan Serce, senator Złotopolski) oraz jako prowadzący teleturnieju „Va-banque”.

Urodził się 9 lutego 1941 roku w Krakowie. To tutaj ukończył w 1965 roku Wydział Aktorski PWST, mimo iż początkowo został przyjęty na kierunek lalkarski.
Jako profesjonalny aktor, występował na deskach krakowskiego Teatru Starego (1965-73) oraz stołecznych: Współczesnego (1973-74) i Powszechnego (od 1974 roku). Debiut filmowy Kazimierza Kaczora to drobny epizod w „Stawce większej niż życie” (1968).

W 1974 roku wystąpił w niewielkiej roli w komedii „Nie ma róży bez ognia” i „Potopie” Jerzego Hoffmana, oraz jako Kipman w „Ziemi obiecanej” Andrzeja Wajdy. W kolejnych latach ponownie zagra u Wajdy – w 1976 roku w „Człowieku z marmuru”, a w 1978 – w nieco większej roli redaktora naczelnego w „Bez znieczulenia”. Niejednokrotnie spotka się też ze Stanisławem Bareją (1978 „Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz?”, 1983 „Alternatywy 4”, 1986 „Zmiennicy”). W 1978 roku wystąpił w głośnym filmie Janusza Rzeszewskiego i Mieczysława Jahody „Hallo, Szpicbródka, czyli ostatni występ króla kasiarzy”.

Największą popularność przyniosły mu role w serialach TV – znakomita rola Leona Kurasia w „Polskich drogach” Janusza Morgensterna, tytułowa rola w filmie Radosława Piwowarskiego „Jan Serce” (1981), doktora Anzelma Budzisza w „Awanturze o Basię” (1995-96) oraz senatora Marka Złotopolskiego w serialu „Złotopolscy” (1997-2007, ponowna współpraca z Radosławem Piwowarskim).

Kazimierz Kaczor stworzył wiele kreacji teatralnych, w tym kilkadziesiąt dla Teatru TV (m.in. w roli Bolesława Bieruta w „Podróży do Moskwy” 1999, czy w roli Corneliusa w „Lordzie Jimie” 2002). W latach 1996-2005 był prezesem ZASP-u.


/   Wyślij / Wydrukuj / Dodaj newsa / Zgłoś błąd / Kanał RSS


Słowa kluczowe: anegdoty, ciekawostki, filmy, wywiady
prawa autorskie

Losowe newsy z tego działu:
Glanc was zahipnotyzuje
 Glanc was zahipnotyzuje Wystąpił w Big Brother-2 i Mam Talent, znamy go jako brzuchomówcę, przed rokiem pisano o nim jako o potencjalnym samobójcy. Obecnie Wojciech Glanc szykuje się do rekordu w hipnozie online. »
Rodzina 500+ i in vitro
Rodzina 500+ i in vitro Najnowszy rysunkowy komentarz satyryczny Szczepana Sadurskiego.  »
Sexy - Doda
Sexy - Doda Pupcia, pipcia, silikony czy intelekt? Osoby odwiedzające portal Sadurski.com wybrały, który fragment Dody jest najciekawszy. [foto] »
Super Dowcipy 5/2007 w kioskach
Super Dowcipy 5/2007 w kioskach W kioskach jest już do nabycia nowy numer 2-miesięcznika "Super Dowcipy". Zobacz kilka rysunków, przeczytaj kilka dowcipów! »
Katastrofy pod Smoleńskiem nie było
Katastrofy pod Smoleńskiem nie było Już wiemy po co ten krzyż i zażarta walka o pomnik. Bo prezydent i inni zginęli pod Pałacem Prezydenckim. Posła PiS porypało? »
Podobne newsy:
Poseł PiS wybrał
Nergal - nowa wokalistka Ich Troje
Najdziwniejsza reklama roku 2010
Jak TVP znajduje pracowników
Zakładamy Kościół Palikota
PiS przejmuje, KOD protestuje
Śmieszne filmy dla każdego
Konkurs wakacyjny - nagrodzeni
Piętrowe plakaty wyborcze atakują
Muppet Sejm - przedstawiamy twórcę
Najpopularniejsze newsy:
Goła dziewczyna na drodze
Jak Pudelka zrobić w konia
Goło & wesoło w TV Puls
Doda pluje na dziecko Tymochowicza
Candy Girl bez majtek - tylko u nas!
Blachara Doda
Cała prawda o Fryderyku Chopinie
Cycki ruskiej Dody
Najlepsze powiedzonko IV RP - zagłosuj
Rozmiary penisów zwierząt

Kazimierz Kaczor: Nienawidzę stagnacji -

Wszystkie tagi

   • Newsy: archiwum Newsy - współpraca

 

Dzień Dobry Humor
Śmierdzę trupem
Przychodzi Jasio do domu i mówi:
- Mamo , wszystkie dzieci się ze mnie śmieją i mówią, że śmierdzę trupem.
- Mamo...
- ...
- Mamo!
- ...
- No, ...
przeczytaj cały »


Rysowanie karykatur




Translate this page:








 Nowe humory
Co jest na fladze Mozambiku, jaka odległość do środka Ziemi...
Największy ziemniak świata
Gdzie jest zabroniona Coca-Cola, pierwsze piwo w puszce...
Nastolatek Fidel Castro, mandatowy rekordzista...
Alaska. Oryginalny żart primaaprilisowy
 Nowe newsy
Stolem 2017 - regulamin konkursu
Jezioro Prashar
Karykaturzyści ponownie nalecą na Korfantów.
Michał Graczyk - wystawa w Białej
Wrzuć na luz 2017
Białystok. Rysunkowa rewolucja
Załóż domenę na Antarktydzie
Konkurs rysunku satyrycznego w Kolumbii
Starożytni astronauci - konkurs
Komiksowa wystawa w Wałbrzychu
FABRYKA HUMORU
Wpisz imię lub nazwisko i wybierz płeć:
 
 Nowa satyra
Grunt to rodzinka
Fraszki o kobietach
Limeryki i rymowanki
Czego nie wiem
Satyryczne podsumowanie marca 2016
Fraszki: Kameleon, Hasło nieudaczników...
 Losowe obrazki
Hi-Tech in Art 2006 - You are here Prezes PZPN Listkiewicz odejdzie?
Piłka - męski sport Gurgen Mikayelyan - writer, Armenia Armen Vatiyan, Armenia
 Losowe filmy
Sztuczka z ustami
Snooker trick
Bilet do Krakowa
Striptiz na parkingu
Niezwykła sztuczka
Rycerz i smok
Musical w warzywniaku
Zepsuty trolejbus
 Losowe dowcipy
Kaczyński u królowej angielskiej
Rozmowa dwóch zebr
Członek słonia
Wyłaź spod stołu
Ha-hasła - 206
Humor maturalny 2009 - część 1
 Podróże po świecie
Columbus Circle w Nowym Jorku
Wieża Rosenkrantza - Bergen, Norwegia
Czym są lodowce?
Czerwony Fort w New Delhi
Pentagon
Nowe lotnisko na wyspie Sumatra
 
Śmieszne filmy
Humor Joe Monstera
Domowe sposoby
Centrum Twojego pupila
Sadurski.com / kontakt / reklama / dla mediów / biznes oferty / patronat / współpraca / partnerzy