W portalu Sadurski.com kolejna recenzja komiksowa Marcina Chudzika. Tym razem recenzja serii komiksowej "Kaznodzieja". Niedawno ukazał się ostatni, 13. odcinek.
Losing my religion/* Seria Komiksowa "Kaznodzieja" - recenzja
/* Tracąc moją religię - tytuł przeboju R.E.M.
Koniec roku 2002 był dla polskich fanów komiksów prawdziwą gratką. Zaczęła się seria "Kaznodzieja" Gartha Ennisa i Stev'a Dillona, której ostatni odcinek ukazał się dopiero pod koniec roku 2007. Całość stanowiło aż 13 odcinków (bynajmniej nie pechowych, lecz czasem wyraźnie przedłużanych na siłę). To duże zaskoczenie dla niewierzącego, że w naszym ultrakatolickim kraju udało się wydać i dobrze sprzedać tak wrogo nastawiony do Kościoła komiks. Obyło się bez medialnego szumu, "dewockich" manifestacji i sprzeciwów moherowych środowisk. Jak napisał w przedmowie Kevin Smith: - "A jeśli ten komiks obraża kogoś ze względu na przekonania religijne odbiorcy - cóż smuci mnie to. Ponieważ jako osoba której wiara w Boga jest niezachwiana, głęboka i prawdziwa, zapewniam wszystkich uważających ten komiks za obraźliwy, że jestem pewien - w sercu i duszy - iż Bóg jest wszechmocny, sprawiedliwy i pełen miłości... i jest wielkim miłośnikiem Kaznodziei".
O co idzie w historii "Kaznodziei"? Kręgosłupem opowieści są losy pastora, jego kobiety i ich przyjaciela - irlandzkiego wampira. Do tego dochodzi rejterada Boga - Ojca z tronu w niebiesiach i ucieczka bytu nieczystego Genesis (zrodzonego ze związku Anioła z Demonicą). Ów byt, ma dość niebiańskiego więzienia i zamieszkuje w ciele Wielebnego Jessie Custera (przy okazji kładąc trupem całą małą teksańską mieścinę). Pastor w wyniku kontaktu z niebiańsko - diaboliczną istotą, uzyskuje Dar Słowa Bożego. Jego przeciwnicy nie mają żadnych szans w bezpośrednim z nim kontakcie. Gdy każe uzbrojonym po zęby policjantom: - "Rzućcie broń, wszyscy! I pozwólcie nam odejść". Lub gdy karze przeciwnikowi liczyć piasek na plaży (do trzech milionów ziarenek): - "Zadarłeś ze mną i moimi bliskimi. Do roboty!" Wszyscy oportuniści preachera (kaznodziei) wykonują polecenia bez szemrania. Niejednemu z nas przydałby się taki Dar. Czy w kontakcie z niedorozwiniętym szefem, sadystycznym nauczycielem czy też pięknooką i długonogą laską. Do tego wszystkiego dochodzi killer z zaświatów, św. od morderców (!).
"Kaznodzieja" jest komiksem drogi, horrorem, melodramatem, nawet opowieścią historyczną (początki Irlandzkiej Armii Republikańskiej - IRA). Jest także współczesnym westernem (John Wayn występuje w opowieści jako dobry duch i wyimaginowany przyjaciel pastora). To także komiks o religii w życiu człowieka, przyjaźni. Muszę też dodać, że bohaterowie nie są abstynentami, nie odmawiają dymka, a mimo to, nie zabiegają o spotkania w klubie AA. Lepiej zresztą, żeby nie odwiedzali takich miejsc bo "zarażą" swoimi nałogami każdego.
Jessie, jak dowiadujemy się w albumie "Aż do końca świata" nie miał łatwego dzieciństwa. "Wychowany" przez babcię - wcielenie zła i dwóch przygłupów i zboków. Często za karę spuszczany był w szczelnej trumnie na dno jeziora. Za "opiekę" w wieku pacholęcym przyjdzie mu podziękować rodzince w okrutny sposób. Postaciami drugiego planu są m.in. nastolatek z twarzą zniekształconą przez nieudany samobójczy strzał, zwany - Gębodupą, ocalała ze spotkania z aligatorem matka pastora - jednoręka, dzielna szefowa baru. Bardzo złym charakterem, który nie popuszcza naszemu bohaterowi (mimo wielu nauczek) jest oszpecony i pozbawiony męskości Herr Star - specjalista od terroryzmu, były komandos z tajnej katolickiej organizacji, której celem jest przywrócenie do władzy potomków Jezusa. Podróż Jessiego przez Amerykę lat 80. dostarcza czytelnikom wielu wrażeń. Przez 13 - naście albumów oglądamy galerię wykolejeńców i zwykłych popaprańców. Sam katolicki Bóg pojawia się w albumie „Aż do końca świata”. Jest więc na co popatrzeć i czego posłuchać. W komiksie bowiem, podpisy pod rysunkami informują jakiej piosenki dana postać słucha. To nic, że często "uszy więdną". To chyba pierwszy na naszym rynku komiks w którym bohaterowie mówią językiem ulicy, rzucając przysłowiowym "mięchem". Przez te "brzydkie teksty" opowieść jest bliższa zwykłemu życiu.
Okładki do "Preachera" namalował Glen Farby, całość (poza kilkoma wyjątkami) narysował Steve Dillon. Rysunki są aż nadto poprawne i staranne, rzekłbym techniczne (przypominają styl Bogusława Polcha). W rysunku Dillona nawet rzygi czy plamy krwi nie wyglądają tak odrażająco jak mogłaby wyglądać narysowane np. przez Simona Bisleya. "Kaznodzieja" to historia nie dla wrażliwców. To kawał naprawdę dobrej komiksowej opowieści. Nie można nie kochać Jessiego Custera za jego upór w dążeniu do skopania tyłka Boga - za tak k*****i urządzony świat. Czy finałowy album wart był tak długiej opowieści? Nie będę tego zdradzał potencjalnym czytelnikom (są tacy co tego jeszcze nie czytali?). Ja czułem się nieco skonfundowany. Honor, miłość, wierność ideałom to prawdziwe wartości, które dominują nad historią pełną (wydawałoby się) tylko przemocy i seksu. Warto poświęcić trochę czasu na zagłębienie się w przygodę Jessiego. Dobrze, że seria się zakończyła i nie trwała latami jak kolejne sezony telewizyjnego "Archiwum X" (nawiasem mówiąc rodzinka pastora jest jak rodzinka z jednego z odcinków przygód Muldera i Scully). Męką dla polskiego czytelnika było (nie raz!) wielomiesięczne czekanie na kolejny album. Teraz pozostaje nam zaciśnięcie kciuków za (niestety!) telewizyjną adaptację komiksu tworzoną dla HBO. Recenzja: Jarosław Marcin Chudzik Jego strona: www.jmc.za.pl
|