O obecnej sytuacji poetów i pisarzy w Polsce – gorzko, lecz prawdziwie - pisze dziennikarz Marek Różycki jr.
Podobno jesteśmy - obok Irlandii - jedną z dwóch potęg poetyckich na świecie. Tylko gdy zestawimy irlandzkich i polskich pisarzy, to okaże się, że my jesteśmy kaskaderami literatury! Zaledwie kilkunastu literatów w Polsce jest w stanie żyć z pisania. Inni muszą włożyć żebracze szaty... Tylko kilku pisarzy w Polsce jest w stanie żyć z pisania. I to tylko wtedy, kiedy pokażą się w telewizji lub lansuje ich jakaś poczytna gazeta. Inni muszą założyć żebracze szaty lub zamienić się w kaznodziejów – by cokolwiek zarobić na swoich tomikach i książkach.
Znam jednego prozaika, niegdyś poetę, ze Śląska, który zaczął pisać powieści „użytkowe”. Wydaje je samodzielnie i sprzedaje na stacjach benzynowych, jeżdżąc po kraju. Zrezygnował z rozsyłania swoich książek do czasopism i z recenzji krytyków – pisze i wydaje wyłącznie po to, by samemu książki sprzedawać.
Zapomnij o tantiemach
Zaledwie kilka wydawnictw w Polsce płaci pisarzom honoraria lub jakieś tantiemy. Reszta wydawców po prostu podrzuca autorowi 100 lub 200 egzemplarzy jego książki, by sam je sobie sprzedał, czyli płaci „w naturze”. To tak, jakby górnik dostał kilka ton węgla, zamiast wypłaty. Dzieje się tak dlatego, ponieważ regulacje prawne zmuszają biblioteki to podpisywania umów z hurtowniami w drodze przetargu, a biblioteki nie mają możliwości kupowania książek bezpośrednio u wydawców. Duże wydawnictwa na tym tracą, a małe ledwo zipią, dorabiając drukiem kalendarzy, publikacją poradników, przekładów itp., więc pisarzom nie płacą. Skutkiem tego ogromna część polskiej literatury, często bardzo wartościowej, w ogóle nie trafia do bibliotek. Zamiast niej na bibliotecznych półkach zalega podrzędna literatura zagraniczna, masowo przekładana.
Mali wydawcy nie mają szans w hurtowniach książek, przy terminach rozliczeń sięgających 8 miesięcy, albo roku. Hurtownie często każą sobie płacić za przyjęcie książek do dystrybucji z góry, a książki te i tak lądują w najdalszych zakamarkach magazynów, do których księgarze nie sięgają. Jeśli poeta lub pisarz zna jako tako język obcy, to może trochę zarobić na takich przekładach, bo na swoich dziełach nie zarobi, choćby były wybitne.
Nadworni poeci
Tomiku poezji bez załatwienia dotacji z miasta praktycznie wydać nie można. Wydają ci poeci, którzy mają znajomości w odpowiednich urzędach - tam, gdzie mieszkają. Raz na jakiś czas udaje im się dostać 1000 lub 3000 złotych na wydanie książki – na której i tak nie zarobią. Otrzymają najwyżej sto egzemplarzy „na swoje potrzeby”. Mamy więc spore stado „dworskich poetów”, którzy sporą część czasu poświęcają temu, by łasić się do urzędników. Odbija się to na jakości tej literatury – bo musi ona być nijaka, „grzeczna”, banalna, nadawać się na lokalne salony lub mówić językiem ezopowym – tak, by sprawiać wrażenie wielkiej sztuki.
Wiele lokalnych wydawnictw to pisemka i książki służące propagandzie urzędującego prezydenta, burmistrza czy wójta, lub różnego rodzaju książki i broszury wydawane bardzo bogato, wydawane tylko po to, by - jak przyjdą wybory - zaprzyjaźniona z urzędem drukarnia dostarczyła odpowiednią porcję materiałów wyborczych po niskich kosztach. Wydaje się więc mnóstwo broszur wątpliwej wartości, nie wiadomo przez kogo pisanych – rozdawanych za darmo albo takich, za które pieniądze z ich sprzedaży lądują w kieszeniach urzędników lub wędrują do partyjnych kas.
Spora część budżetów wydziałów kultury przeznaczona jest na etaty urzędników w domach kultury i klubach, które to etaty są etatami politycznymi. Do tego, by prowadzić dom kultury lub dostać etat, nie trzeba żadnych specjalnych kwalifikacji czy dorobku. Jest to doskonałe miejsce do ulokowania syna czy córki urzędnika. Pisarzowi, jeśli jest grzeczny, czasem pozwolą poprowadzić kółko literackie za 200 lub 300 złotych miesięcznie. O etacie oczywiście nie ma mowy. Do wyjątków należy Instytut Mikołowski, gdzie dyrektorem został niedawno poeta Maciej Melecki, i gdzie pracuje kilku śląskich poetów.
Wysoka kultura za grosze
Mitem są honoraria za spotkania autorskie. Ich wysokość waha się między 300 a 500 złotych na rękę, i jeśli takich kąsków trafi się pisarzowi kilka w roku, to ma szczęście. Większość bibliotek i klubów chętnie by zaprosiła poetę i pisarza, by wystąpił... za darmo. Dyrekcja może sobie wtedy wpisać jeszcze jedną imprezę w sprawozdanie, by wykazać się aktywnością. Dzieje się tak dlatego, że gminy i miasta oszczędzają na dni miejscowości, lokalne święto, gdzie żniwo zbierają gwiazdki szołbiznesu, którym płaci się w dziesiątkach tysięcy za występ. Gwiazdy wystąpią, lokalni politycy pokażą się publicznie, a menedżerowie podzielą się częścią gaży z partią, która rządzi na danym terenie. Zwykle jest to 20 lub 25%. Ten mechanizm działa w całej Polsce – niezależnie od wielkości miejscowości.
Niestety, nie ma ustawy, która by ograniczała finansowanie z publicznych pieniędzy takich imprez i zmuszała do organizowania większej ilości imprez niskobudżetowych – co byłoby szansą dla wielu artystów i ogromnym pożytkiem dla kultury. Podobnie nie ma ustawy, która uzależniałaby status i finansowanie placówek kultury od liczby zatrudnionych w nich artystów potrafiących wykazać się znaczącym dorobkiem – w tym pisarzy, która ograniczałaby zatrudnianie przypadkowych osób, z politycznego nadania. Placówki kultury w Polsce są wciąż socjalistycznym poligonem, gdzie nie dorobek, a matura, dyplom "robi z ciebie oficera" od kultury, jeśli tylko masz partyjne poparcie.
Literatura polityczna
Wbrew pozorom pisarzowi wiedzie się o wiele gorzej, jeśli tam, gdzie mieszka, jest uniwersytet. Bo poeta czy pisarz, jeśli nie ma kierunkowego wykształcenia, to przegrywa w staraniach o jakiekolwiek wsparcie z asystentami, doktorami, profesorami, którzy będą pisali referaty na sesje o jego twórczości, opłacani z miejskiej kasy, firmując swoimi nazwiskami i tytułami lokalną politykę. Poeta lub pisarz może co najwyżej podarować doktorowi czy profesorowi swoją książkę, by ten coś napisał o jego twórczości. Niestety, Ustawa o szkolnictwie wyższym zabrania, by poeta lub pisarz mogli poprowadzić na uczelni zajęcia ze studentami, jeśli nie mają kierunkowego wykształcenia. Więc uczelnie nie starają się nawet pozyskać wybitnych pisarzy i poetów, jak to się dzieje w USA czy w niektórych krajach europejskich.
Mitem są również dochody z publikacji prasowych lub czasopiśmienniczych. Honoraria płacą tylko te czasopisma, które mają dotacje z Ministerstwa Kultury i Sztuki lub dotacje wojewódzkie. Ale te honoraria są mizerne. W pierwszym przypadku jest to około 130 złotych za tekst, w drugim 60, a czasem 40 złotych na rękę. Większość czasopism w ogóle nie płaci honorariów albo - wedle uznania – raz zapłacą, raz nie.
Pisarz to nie zawód
W Polsce można być wybitnym pisarzem lub poetą, znanym bardzo – jak np. Jacek Podsiadło i nic nie mieć ze swojej literatury. Pisarz, żeby się utrzymał, musi pracować na uniwersytecie, musi być dziennikarzem – jeśli ma szczęście trafić do dużej redakcji – jak np. Marcin Sendecki, lub wykonywać jakąkolwiek inną pracę. Pozostaje budowa, handel. W reklamie nie ma dla niego miejsca, bo nie spełnia standardów. Może też pracować w więzieniu – przypadek Wojciecha Brzoski. Jeśli więc wybitny pisarz lub poeta nie jest lekarzem, budowlańcem – jak Miłosz Biedrzycki, nie "załapał się" na uniwersytet czy na etat w więzieniu, to jest społecznym, rodzimym pasożytem, żyjącym w nędzy.
Nie wiem, czy Irlandia jest światową poetycką potęgą, ale wiem, że Polska jest potęgą w świecie jeśli chodzi o liczbę kaskaderów literatury! Krajem, w którym marnuje się i niszczy systemowo pisarzy, poetów, prawdziwych artystów. Polska jest krajem, gdzie pasożytnictwo i korupcja są w sferze kultury równie wielkie jak w piłce nożnej, a nawet jeszcze większe. I nie dziwi coraz większa popularność poezji Rafała Wojaczka, Kazimierza Ratonia czy Andrzeja Bursy. Oni mieli odwagę powiedzieć „nie” oficjalnej kulturze, zaprzedanej intelektualnie i moralnie....
Tekst: Marek Różycki jr (2010)
Rysunek: Szczepan Sadurski