ODNOWA „PO BYKU” Prowokator, miłośnik kobiet, bohater skandali, wybitny polski artysta – w wywiadzie Marka Różyckiego jr dla portalu Sadurski.com
Franciszek Starowieyski - urodzony w 1930 r. w Bratkówce na Podkarpaciu. Ukończył Akademię Sztuk Pięknych w Warszawie. Używa pseudonimu Jan Byk. Grafik, malarz, scenograf. Profesor Europejskiej Akademii Sztuki. Jego twórczość jest bliska surrealizmowi. Autor dzieł o bogatej symbolice: plakatów, ilustracji, opracowań graficznych książek oraz obrazów. Swoje prace antydatuje o 300 lat wstecz. Stworzył ponad 30 Teatrów Rysowania polegających na tworzeniu dzieł w obecności widzów - był w nich malarzem-aktorem. Przygotowywał inscenizacje teatralne (m.in. do „Ubu króla” dla Teatru Wielkiego w Łodzi). Bohater filmu Andrzeja Papuzińskiego „Bykowi chwała”. Miał ponad 250 wystaw w kraju oraz za granicą. Kolekcjonuje antyki. Obecnie w warszawskiej Galerii Plakatu można zobaczyć wystawę najnowszych prac artysty.
ODNOWA "PO BYKU" Z Franciszkiem Sarowieyskim rozmawiał Marek Różycki jr • …może ja zacznę… Po roku 938, tak, 938, kiedy to nastąpiło nadanie przez Cesarza Ottona I dóbr Bibersteina – powstało wiele państw, cesarstw, królestw, które padły; armii, o których już można poczytać jeno w książkach. Pojawiło się tysiące ważnych i super-ważnych władców i… ślad po nich zaginął był i nic nie pozostało. Toczyła się historia, a jednak Rodzina zdołała się utrzymać. Czyli te wzorce, zasady były słuszne, skoro potrafiliśmy przetrwać. Polityka oraz postępowanie – okazały się właściwe. Zawsze twierdzę, że z tego powodu mam racje, których nie dowodzę argumentami logiki, tylko z funkcjonowania świata i w świecie. Tylko wspólne korzenie rodzin – dają naród i państwo!
- Dlaczego nosi pan ksywkę „Byk”?
• To nie ksywka – to pseudonim artystyczny. Był…
- Doprawdy? I nie ma nic wspólnego z Pana osobowością, fizjonomią?
• Nic. Z żadnymi popisami siłowymi ani erotycznymi również. To był po prostu polityczny dowcip – w czasach stalinowskich wymyśliłem sobie najbardziej proletariackie nazwisko, jakie mogłem wynaleźć.
- Dlaczego nie Baran, albo Fujara – też dobrze brzmią?...
• Ale są dłuższe. „Jan Byk” ma tylko sześć liter.
- No, i byk to nie baran…
• To naprawdę nie miało znaczenia.
- Oj, nie wierzę. Gdyby tak było, nikt nie mówiłby do dzisiaj: „widziałem Byka”, „rozmawiałem z Bykiem”… Przylgnął ten Byk do Pana…
• Mówią tak, bo to krócej, niż: Franciszka Von Biberstein-Starowieyskiego. Pan sobie policzy: 38 liter.
- Szkoda, że odcina się Pan tak od tego Byka…
• Dlaczego?
- Bo… Chciałem z Bykiem, czy przez Byka pokazać wizerunek prawdziwego mężczyzny. Proszę nie udawać, że nie czuje się Pan nim…
• To pojęcie zmienne historycznie. Prawdziwym mężczyzną jest ten, którego kobiety w danym momencie najbardziej potrzebują. Mają one naturalny instynkt selekcji męskich cech, które uważają za istotne do przekazania przyszłym pokoleniom. W dzisiejszych czasach w Polsce „bycze” przymioty powinny ustąpić cechom prawdziwego dżentelmena. Powinny… Tylko to, sądzę, może uratować nasz kraj, w którym brak jakichkolwiek form stał się dotkliwy i destrukcyjny.
- Pan zapewne jest dżentelmenem, tak że możemy rozmawiać dalej…
• Proszę pana, opowiem anegdotę. W pewnym państwie, w którym z powodu przewrotu wyrżnięto całą inteligencję, pozostał jeden szanowany profesor, bardzo mądry i słynny. I co się stało? Wszystkie kobiety, łącznie z żoną nowego przywódcy, chciały mieć z nim dziecko…
- A profesor pewnie – owszem – był mądry, ale miał metr dwadzieścia w kapeluszu i uśmiech żaby…
• Wręcz przeciwnie – był wysoki i piękny.
- To nie rozumem, po co Pan opowiada tę historię – wiadomo, że każda kobieta woli mądrego i przystojnego, niż głupiego i brzydkiego, no… i bez pieniędzy…
• A ja nie wiem, dlaczego utarło się takie powiedzonko: wielki, silny a głupi. Czyli, aby być mądrym, trzeba być słabym i brzydkim? Z moich obserwacji wynika, że przeważnie siła fizyczna idzie w parze z rozwojem intelektualnym. Leonardo da Vinci, na przykład, był jednym z silniejszych ludzi we Włoszech swego czasu. A Platon – to mistrz olimpijski! Słynna była też siła Paderewskiego. Ludzie mali i słabi całe swe życie wymyślają kalumnie pod adresem dużych i silnych.
- Polemizowałbym zważywszy na genialnych „chudych literatów” polskich…
• Bać się należy małych ludzi z kompleksami. Tych dużych i silnych nigdy się nie boję – oni są mniej agresywni, nie myślą bez przerwy o tym, jak zniszczyć przeciwnika, dla zasady, na zapas.
- Bo Pan sam jest duży i silny. Ale może wróćmy do powodu opowieści o pięknym profesorze…
• Aaa… Więc mówią o nim, że miał 400 nieślubnych dzieci. Nieźle, co?
- Wydajny…
• Wydajny, wydajny. A kraj jego idzie w górę, rządzony przez jego dzieci.
- Klan rodzinny – też nieźle!
• Zawsze jestem za istnieniem klik, klanów, koterii. Uważam, że rządzić powinno się towarzysko. Ludzie wtedy lepiej się rozumieją.
- No to jest Pan szczęśliwy… A co z tymi poza klanem… Słynie Pan z oryginalnych poglądów. Ale dalej nie rozumem roli tego profesora w naszej rozmowie o cechach prawdziwego mężczyzny?
• Właśnie uważam, że w Polsce potrzebny jest taki typ mężczyzny. Potrzeby na gwałt!
- Piękny naukowiec?
• Nie, to nie ważne. Profesor był przede wszystkim dżentelmenem – człowiekiem dobrze wychowanym, z kindersztubą, żyjącym i zachowującym się według przyjętych norm. Był reliktem epoki, która odeszła. To przyciągało doń kobiety, które, jak mówiłem, mają wrodzony instynkt selekcjonowania cech potrzebnych narodowi do przetrwania. Dziś – na przekór temu, co się dzieje – również podstawowym kryterium męskości powinna być dżentelmeneria - czy ktoś jest dżentelmenem, czy nie.
• Czyli kobiety powinny zadawać się wyłącznie z dżentelmenami? Jak odróżnić, kto nim nie jest?
• Gdybym był kobietą odtrącałbym tych wszystkich aroganckich impertynentów z tak zwaną „kasą”, nowobogackich, siorbiących zupę , nie ważne, czy w stołówce uniwersyteckiej czy w restauracji klasy super-extra-luks, obrażających się z byle powodu i obrażających swoje kobiety. Właśnie – ten styl życia nastawiony na nieustanne obrażanie; obrażanie i lekceważenie ludzi! To okropne i przerażające! To było kiedyś nie do pomyślenia. Obraza to jest coś – co trzeba umieć wyważyć, wysmakować i „wypojedynkować”.
- Czy dżentelmenem się jest, czy też można nim zostać?
• I tak, i nie. Niektórzy są dżentelmenami od urodzenia, inni dzięki usilnej pracy i podpatrywaniu najlepszych wzorców mają szanse stać się nimi. U nas o te wzory – tych prawdziwych mężczyzn – szalenie trudno.
- Czy dżentelmen nie musi być mądry?
• Są dwie możliwości: albo mądry, albo dobrze urodzony, czyli posiadający pewne cechy kontynuacji, które są mądrością zbiorową narodu lub grupy społecznej. Świetnie wyraził to Gombrowicz w „Operetce”, kiedy każe księciu Himalajowi stwierdzić: „ jestem idiotą, bęcwałem, kretynem, ale mój idiotyzm, kretynizm i bęcwalstwo – są idiotyzmem, kretynizmem i bęcwalstwem księcia”. Co to znaczy? Że ma on tyle cech odziedziczonych, wyuczonych, że może obejść się bez mądrości.
- A Pan, w której grupie się czuje?
• O sobie trudno mówić takie rzeczy. Na jednej ze swoich pierwszych wystaw napisałem wielki transparent: „Dzieci, bierzcie przykład z Byka – taki wielki, a taki skromny”. A poważnie – czuję się i zawsze tak się czułem, nawet w momentach, kiedy bardzo lewicowałem (każdy porządny, dążący do sprawiedliwości człowiek - musi przez to przejść, jak przez odrę), synem i kontynuatorem swojej klasy ziemiańskiej. Tak zostałem wychowany.
- Nie czuje się Pan reliktem zamierzchłej epoki?
• Nie! W żadnym wypadku – wtedy przestałbym funkcjonować jako artysta. Kontynuowanie tradycji nie przeszkadza w tym, by znajdować się nawet, gdzieś tam w okolicach awangardy.
- A czy dżentelmen musi być piękny?
• Mężczyzna musi dbać o swój wygląd, o to, żeby mieć odpowiednie mięśnie, strój – to daje dobre samopoczucie i pewność siebie. Mężczyzna ma w tym względzie łatwiej niż kobieta, bo istnieją ścisłe reguły w stroju męskim – wiadomo, że nie wolno ubrać brązowych skarpet do granatowego ubrania, wiadomo też jaki krawat na jaką porę. Mężczyzna musi też siebie wymyślić – mieć odpowiednią fryzurę, odpowiednio się poruszać, używać dobrej żyletki i dobrej wody po goleniu.
- A co do duszy? To mnie szczególnie ciekawi?...
• Tak. Tuż po wojnie, w mrocznych czasach stalinowskich, umierał pewien niesłychanie elegancki starszy pan – wuj mego przyjaciela. Wezwał go do siebie, aby przekazać mu w testamencie wskazania: kołnierzyki do krochmalenia woź do Wiednia, a gorsety do koszul frakowych najlepiej krochmalą siostry Klaryski. Rzucił też jeszcze parę uwag o tym, co z jakiego sukna i płótna, i umarł był. Mój przyjaciel pomyślał, że to pełny idiotyzm, abstrakcja. A ja zastanawiam się, czy mam coś takiego do przekazania swemu synowi.
- Byłby to snobizm w najwyższym gatunku!
• Ach, snobizm! Kochajmy snobów, dajmy im stypendia…
- Pan powinien ufundować, jako pierwszy.
• A wie pan – zastanawiałem się, czy jakiemuś młodemu malarzowi nie przyznać stypendium – ale nie, ja muszę rzeczywiście ufundować stypendium dla największego snoba w naszym kraju.
- Nie wiadomo, czy sam sobie nie musiałby Pan go wypłacać.
• Ja nie jestem snobem. U mnie pewne rzeczy weszły w normę.
- Może rzeczywiście – Pan przekroczył jakąś barierę snobizmu, Pan nie jest snobem, tylko Franciszkiem Starowieyskim. I skoro funkcjonuje Pan u nas jako wzór pełnokrwistego mężczyzny-dżentelmena, chcę wydobyć na światło dzienne jeszcze jedną Pańską cechę: zapalony kolekcjoner. Czy to też nieodzowny atrybut prawdziwego mężczyzny?
• Mężczyźnie potrzebna jest jakaś pasja, obojętnie co to jest – zbieractwo, polowania, jazda konna, ryby, szachy, itp. Musi on mieć odskocznię od pracy zawodowej, bo gdy za dużo o niej myśli, pogłębia swoje błędy.
- Pan wybrał kolekcjonowanie dzieł sztuki.
• Nie traktuję swojej pasji jako gromadzenia cennych przedmiotów. Mnie zawsze pociągała historia. Nie znajdując w książkach jasnej odpowiedzi na wiele pytań, chciałem ją uzyskać przy użyciu wyobraźni, potrafi więcej powiedzieć, niż niejedna książka. Tak traktuję swoje zbiory.
- I jakich „świadków” Pan posiada?
• Różnych. Są to zawsze wielkie romanse z jakimś okresem historii. Raz były to zegary, kiedy indziej rzeźba gotyku, przerzucałem się też na porcelanę, numizmaty, broń, meble. Każdy temat lubiłem zgłębić, dobrze poznać tych moich „świadków”.
- Przyznam – ta męska pasja kojarzy mi się z ciepłymi kapciami, bonżurką i słabą herbatką na długie, kolekcjonerskie wieczory. Swoją drogą dobrze też pasuje do wizerunku Pańskiego dżentelmena…
• Na Boga – nie myślmy o tym panu, jako o nudnym kłapciu. Znajomość form jest tylko bazą, potem trzeba iść dalej. Trzeba wiedzieć, w jaki sposób twórczo przekraczać granice przepisów dobrego wychowania, nie niszcząc ich! Przed wojną stara księżna Czetwertyńska, taka „first lady” Warszawy, zapytana co sądzi o pewnym dobrze ułożonym młodzieńcu, który gdzieś tam się pojawił, odpowiedziała: bardzo pozytywny młody człowiek, tylko gdyby jeszcze „dupa” głośno powiedzieć umiał, byłoby dobrze. A to się umie, albo nie.
- Oj, ciężka droga czeka ewentualnych kandydatów na dżentelmenów – nie ma już księżnej Czetwertyńskiej, a „pięknych profesorów” i Franciszków Starowieyskich też coraz mniej. Kto będzie dawał przykłady i wskazówki, gdy wokół rozprzestrzenia się straszliwa choroba: „schamienie rozsiane”?!
- No, niestety… Ale niech Pan pamięta, bo rozmawialiśmy tu również prywatnie o wielu, wielu sprawach: Niech pan nigdy nie walczy z chamem, bo tylko wbija pan go w dumę! Którą obnosi jako patos pustki własnej osobowości! Ze Starowieyskim rozmawiał Marek Różycki jr
Na ilustracji: okładka książki Ewy Górnickiej-Zdziech "Przewodnik inteligentnego snoba według F.Starowieyskiego", Wydawca: Pruszyński i S-ka.
|